Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamieniec Podolski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kamieniec Podolski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 stycznia 2016

W Archiwum Zgromadzenia Księży Misjonarzy

Gdy w czerwcu 2014 roku, uzgodniwszy wcześniej termin kwerendy, odwiedziłam Archiwum Zgromadzenia Księży Misjonarzy na ulicy Stradomskiej 4 w Krakowie, czekała tam na mnie teczka z aktami personalnymi księdza Józefa Kaingby, a w niej:
  • kwestionariusz przystąpienia do Zgromadzenia
  • świadectwo chrztu
  • Testimonium Copulationis z Heleną Kraskowską
  • wycinek z artykułem ze "Słowa Powszechnego" z roku 1971
  • świadectwo szkolne z roku 1916, klasa IV (zachowanie - dobry; religia - bdb; j. polski, łacina, j. niemiecki, matematyka, fizyka i chemia - oceny dostateczne; historia, geografia, rysunek odręczny - oceny dobre; j. ruski, historia naturalna, propedeutyka filozofii, kaligrafia - brak oceny; wynik ogólny - "Do klasy następnej nie uzdolniony")
  • korespondencja
  • zdjęcie mojej Babci z synkiem, czyli moim Ojcem, w mundurku harcerskim
  • zdjęcie księdza Kaingby w otoczeniu dużej gromady dzieci przystępujących do I Komunii św., zapewne w Siemianicach

Oczywiście najbardziej byłam ciekawa owego Testimonium, przypuszczałam bowiem - niesłusznie, jak się miało okazać - że może się ono odnosić do aktu poczęcia mego Ojca, ale o tym dokumencie napiszę w stosownej chwili. 
W korespondencji znalazło się parę listów rzucających światło na wydarzenia z lat 1928-1930, tzn. romans ks. Kaingby i narodziny Jego syna - do nich dojdziemy już niebawem. Był tam również list napisany odręcznie na zwykłej kartce kratkowanego papieru, którego treść tu przytaczam:
"Najprzewielebniejszy Ks. Wizytatorze,
Śmiem zwrócić się z prośbą o łaskawe zezwolenie ks. Józefowi Kaing-Ba przyjechać na kilka dni do Krzemieńca, gdyż tu w Krzemieńcu są zgromadzeni ludzie którzy go od małego znają i razem z nim przebywali w Kamieńcu Podolskim i uważają ks. Józefa członkiem swojej rodziny. Byłem też umyślnie wydelegowany do Krakowa ażeby osobiście prosić o ks. Kaing-Ba Ks. Wizytatora, lecz trafiłem nieszczęśliwie, gdyż Najprzew. Ks. Wizytatora nie zastałem w Krakowie proszę więc bardzo Ks. Wizytatora o uwzględnienie mojej prośby i wszystkich tych, którzy tu w Krzemieńcu oczekują ks. Józefa Kaing-By, prośbę swoją popieram jeszcze tem, że w krótkim czasie będę przeniesiony za granicę Państwa do jednego z konsulatów i wtedy nie możliwym będzie zobaczyć się więcej z ks. Kaing-Bą gdyż i on po niejakim czasie prawdopodobnie wyjedzie z Kraju na misję.
Ufam iż Najprzew. Ks. Wizytator wysłucha mojej prośby i zezwoli ks. Kaing-Ba na przyjazd do Krzemieńca.
Pozostaję z szacunkiem
[tu trudny do odcyfrowania podpis, chyba Fr. Groński - EK]
Krzemieniec 30/VII [19]24"

List ten jest potwierdzeniem owego tropu krzemienieckiego, przy którym upiera się Teresa Likon. Krzemieniec, w odróżnieniu od Kamieńca Podolskiego, pozostał po 1921 roku w granicach II Rzeczpospolitej i pewnie część uchodźców kamienieckich tam właśnie zamieszkała. Wśród nich ludzie, którym los azjatyckiego chłopca nie był obojętny, przypuszczalnie również rodzina Antoniego Likona. Taką przynajmniej hipotezę stworzyłam sobie na użytek własny.
Nic nie wskazuje na to, iżby świeżo wyświęcony kapłan pojechał w odwiedziny do Krzemieńca. Zamiast tego Zgromadzenie skierowało go do Bydgoszczy. Dlaczego właśnie tam - o tym w następnym wpisie.

niedziela, 3 stycznia 2016

Sensacyjny chrzest na krakowskim Kleparzu

Ksiądz Piotr Mańkowski (1866-1933)- najpierw proboszcz w Kamieńcu Podolskim, a potem biskup diecezji kamienieckiej - pochodził ze znanego rodu wielkopolskiego, pieczętującego się herbem Zaremba. Jego prapradziad, Jan Mańkowski, żyjący w w. XVIII, "służył wojskowo na Rusi i tu się na stałe osiedlił" (P. Mańkowski, Pamiętniki..., s. 2). O sytuacji Kościoła katolickiego pod zaborem rosyjskim w wieku XIX biskup pisał w swoich pamiętnikach: "[...] uporawszy się bez większych trudności na kresach naszych z obrządkiem wschodnim - unickim, wziął się rząd carski z kolei do kasowania kościołów łacińskich, klasztorów, a nawet kilku diecezji (kamienieckiej, mińskiej i janowskiej). Że zarządzenia te były zgoła niekanoniczne i że Stolica Apostolska zgodzić się na takie postępowanie rządu nie chciała i nie mogła, to mu było obojętne" (s. 104; na zdjęciu katedra św. Piotra i Pawła w Kamieńcu; źródło: Wikipedia).
W kwietniu 1905 roku, a więc wtedy - lub krótko przed tym - gdy mały Azjata trafił do Kamieńca, car Mikołaj II wydał tzw. ukaz tolerancyjny, na mocy którego odstępstwo od prawosławia nie miało być ścigane prawem. Dzięki temu do Kościoła katolickiego zaczęli tłumnie przystępować unici, a misja pozyskiwania nowych wyznawców stała się priorytetem dla tamtejszych duchownych. Przypuszczam, iż miało to wpływ na dalsze losy mojego Dziadka o tyle, że w takiej atmosferze "pogański" chłopiec aż się prosił, by go ochrzcić i przyjąć na łono Kościoła. Proboszcz Mańkowski w latach 1902-1911 wielokrotnie wyjeżdżał do Krakowa (co odnotował w pamiętnikach) i być może przy okazji jednego z takich wyjazdów, pod koniec 1909 lub na początku 1910 roku, zabrał ze sobą podopiecznego Jakuba Ghiki, by go umieścić u księży misjonarzy św. Wincentego a Paulo na krakowskim Stradomiu. W każdym razie już 16 stycznia 1910 r. w kościele na Kleparzu odbył się chrzest chłopca, połączony z jego przystąpieniem do I Komunii św. Nadano mu imiona Józef Alojzy, rodzicami chrzestnymi byli Bronisława Miśkiewicz - właścicielka ziemska oraz Iwo Odrowąż-Pieniążek - profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zdarzenie to zostało obszernie opisane "Roczniku Obydwóch Zgromadzeń św. Wincentego a Paulo" 1910 (XVI) nr 2, s. 136-137 - kolejne moje cyfrowe znalezisko!
Tu zamieszczam tylko początkowe fragmenty relacji. Warto przeczytać całość.
 
[wiek dziecka błędnie zawyżono - EK]
W ten sposób Józef Kaingba rozpoczął swój czternastoletni pobyt w Zgromadzeniu Misjonarzy św. Wincentego a Paulo w Krakowie na ulicy Stradomskiej. A ja trafiłam tam w poszukiwaniu jego śladów ponad sto lat później.


piątek, 1 stycznia 2016

Jakub Ghika

O ile Rosjanin Bilajewicz pozostanie już dla mnie na zawsze postacią mglistą i dwuznaczną – krzywdził Kaingbę czy też się nim opiekował? – to Jakub Ghika obrasta mi w coraz więcej danych biograficznych, choć nadal w jego wizerunku więcej luk niż miejsc wypełnionych. Szukając jego śladów, zwróciłam się jakiś rok temu mailowo o pomoc do Towarzystwa Przyjaciół Konina, gdyż w tym mieście spędził ostatnie lata swego życia i tam został pochowany. Odezwał się wówczas do mnie młody człowiek, Damian Kruczkowski, któremu zawdzięczam parę cennych informacji i którego bardzo zafascynowała historia mego Dziadka. 
Na stronie http://www.powazkikonina.org/maly-indeks-wielkich-ludzi/ghica-jakub-1854-1928 , administrowanej przez pana Piotra Pęcherskiego, można przeczytać m.in., iż Jakub Ghika był synem Anastazego i Julii, z domu Monastyrskiej. Matka była Polką, a ojciec wywodził się w prostej linii z książąt i hospodarów mołdawskich. Studia prawnicze odbył w Odessie, a "z powodu przynależności do Kółka Młodzieży Postępowej, ponadto jako członek rodziny książęcej Ghików znienawidzonej z punktu politycznego przez władze Rosji, w roku 1879 musiał usunąć się z Uniwersytetu i został wcielony do służby państwowej [...] w Kamieńcu Podolskim" (jako źródło informacji podano korespondencję z Włodzimierzem Kowalczykiewiczem, zasłużonym członkiem TPK).

Damian Kruczkowski dał mi kserokopię aktu zgonu Jakuba Ghiki z konińskich ksiąg parafialnych. Ghika zmarł 4 września 1928 roku i mam podstawy, by sądzić, iż w ostatnich chwilach życia był przy nim ksiądz Kaingba - jego podopieczny z czasów kamienieckich. Napiszę o tym w stosownym momencie. W dokumencie tym, a także w nekrologach, występuje również żona Ghiki, Pelagia, z domu Bilska. Poza tym wszakże nigdzie nie ma o niej żadnej wzmianki, ja zaś wiem od mojego Ojca, iż w latach 30., gdy był on już dość podrośniętym malcem, pojawiła się z wizytą w jego domu rodzinnym "księżna Gika", by go zobaczyć. I zostawiła po sobie prezent - ręcznie malowany japoński serwis do herbaty. Mam go nadal.
Innym skromnym źródłem wiadomości o Ghice są Pamiętniki arcybiskupa Piotra Mańkowskiego (opr. S. Górzyński, Wydawnictwo DiG, Poznań 2002), którego nazwisko padło w artykule o prymicjach Kaingby i w tekście z "Orędownika". Postaci tej poświęcę następny wpis, gdyż i on odegrał niebłahą rolę w pokierowaniu losami azjatyckiego chłopca. Tu przytoczę tylko fragment z jego wspomnień z lat 1902-1911, kiedy był w Kamieńcu zaledwie proboszczem. Pamiętniki obfitują w liczne szczegóły obrazujące życie na Kresach, miałam więc nadzieję, że znajdę w nich choćby jakąś drobną wzmiankę o Dziadku. Nie znalazłam. Natomiast o Ghice (którego imię mylnie podał jako Jan) ksiądz Mańkowski pisał tak: 
"Cudzoziemiec, choć Polakiem się czuł [...]. Z rodziny rumuńskiej, ożeniony z Polką, z imienia prawosławny, faktycznie sprzyjający katolicyzmowi, piastował posadę urzędnika w kancelarii gubernatora, a miał u siebie także przez pewien czas kwaterę dla uczniów gimnazjalnych. Później jednak zwinął ją, będąc narażonym na przykrości z powodu polskiej atmosfery i polskiego języka, którym się u niego w domu posługiwano. Pan Ghika był powszechnie lubiany i ceniony przez Polaków dla prawości charakteru, zacności i uczynności" (s. 173).
Do Konina musieli trafić państwo Ghika w latach wojny polsko-bolszewickiej, kiedy to Kamieniec najpierw dostał się w ręce petlurowców, a następnie znalazł się w obrębie radzieckiej Ukrainy. Wielu ówczesnych uchodźców z Kresów kierowało się właśnie do Wielkopolski.

czwartek, 31 grudnia 2015

Opowieść Teresy Likon

Dzisiejsi internauci, którzy z takich czy innych przyczyn zainteresowali się osobą księdza Kaingby – na przykład jego dawni parafianie z Morawina i Siemianic, którym udzielał pierwszej komunii św. – zazwyczaj znają jego losy w wersji, którą opowiedziała Teresa Likon, emerytowana lekarka z Sopotu, a upublicznił ją Marcin Jakimowicz w “Gościu Niedzielnym” nr 25/2006 w artykule pt. Porwany za młodu. Antoni Likon, ojciec Teresy, był w dzieciństwie przyjacielem Kaingby, potem ich drogi się rozeszły, jednak za sprawą niezwykłego zbiegu okoliczności udało im się odnaleźć i spotkać w latach 60. Z tej relacji wynika, że wujostwo Antoniego Likona uratowali małego Azjatę po wyrzuceniu go z domu przez złych Rosjan (jednak, jak się miało okazać, nazwisko Ghika nic Teresie nie mówi). Bliski śmierci chłopiec został ochrzczony in articulo mortis, co przywróciło mu życie. Od tej pory: “Chłopcy razem chodzą do szkoły, uczą się czytać i pisać po rosyjsku i poznają historię carskiej Rosji. Po lekcjach biegają razem po podwórku, a wieczorem służą do Mszy w kościele w Krzemieńcu. Marzą o tym, by zostać księżmi. Nie mają przed sobą tajemnic, zostają najlepszymi przyjaciółmi”. Teresa Likon jest gorliwą katoliczką i cała jej opowieść ma dawać świadectwo temu, że Bóg i wiara czynią cuda.


Tu pora wyjaśnić, że o moim pokrewieństwie z księdzem Kaingbą i w ogóle o tym, że miał on nieślubnego syna, wiedziały tylko osoby z kręgu mojej rodziny i najbliższych znajomych oraz jego powojenni bliscy. Między innymi mój pierwszy mąż Wojtek, który podrzucił mi ten tekst, skutkiem czego postanowiłam dotrzeć do pani Likon. Uzyskałam jej numer telefonu za pośrednictwem redakcji GN, zadzwoniłam i powiedziałam, że jestem wnuczką księdza Kaingby. A ponieważ w obliczu tej rewelacji zachowała jaki taki spokój, umówiłam się z nią na spotkanie i w styczniu 2007 odwiedziłam ją w Sopocie.
Z mojej strony nie był to kontakt satysfakcjonujący. Religijna żarliwość Teresy, manifestowana niemal w każdym zdaniu, mocno mnie – kompletnie pod tym względem indyferentną – męczyła, w zasadzie łączyła nas obie tylko miłość do kotów. O Kaingbie nie miała wiele do powiedzenia poza tym, co wiązało się z jego wizytą w Sopocie, żadnych dokumentów po ojcu Antonim nie przechowała. W jej wersji miejscem, w którym rozgrywały się sceny z dzieciństwa Kaingby, był Krzemieniec Podolski (sic!); jak wiadomo, Krzemieniec leży na Wołyniu, a Podolski jest Kamieniec, więc coś musiało jej się pomylić. Jednak pewien ślad krzemieniecki pojawił się w związanych z osobą mojego Dziadka dokumentach, do których dotarłam niedawno. Wkrótce o tym wspomnę.

Przez kilka następnych lat wymieniałyśmy z Teresą telefony i kartki z okazji świąt, ale w końcu, z powodu moich zaniedbań, kontakt ustał. Niestety nie korzysta ona z Internetu, więc nie znajdzie tego bloga. Szkoda. Autorską wersję artykułu o Kaingbie pt. Niezwykłe losy. Sic fata tulere Sic erat in fatis opublikowała jeszcze w periodyku “Gazeta AMG. Miesięcznik Gdańskiej Akademii Medycznej” nr 6/2009, zamieszczając w nim zdjęcie swojego Ojca z odnalezionym przyjacielem z dzieciństwa. Wklejam je tu, nie zapytawszy jej o zgodę, ale figuruje ono również na portalu LuxPerpetua.pl. Zostało wykonane w latach 60. w Morawinie.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wiżnica, relacja trzecia

Następny materiał, który znalazłam dzięki kwerendzie w zasobach cyfrowych (Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa), pochodzi z gazety “Orędownik. Ilustrowane pismo narodowe i katolickie” nr 160/1934 i jest dość obszerny. Nie został opatrzony nazwiskiem autora, ale co ciekawe, ksiądz Kaing-Ba występuje tu jako “ja” mówiące w pierwszej osobie. Przytaczam ten artykuł w całości, zachowując pisownię i osobliwy układ typograficzny:

Dziwnie układają się ludzkie losy
Porwane dziecko wieśniaka chińskiego polskim kapłanem
Ciekawe koleje wykradzionego przez Rosjanina Chińczyka

U stóp lesistych bukowińskich Karpat leży małe miasteczko Wyżnica. Można się dostać do niego z Czerniowec po czterogodzinnej jeździe koleją. W tej to miejscowości zjawił się ostatnio
nowy obywatel
i działacz, człowiek, którego kolebka stała w dalekiej Mandżurii.
            Stroma ścieżka wiedzie do rzymsko-katolickiej plebanji, stojącej obok kościoła okolonego

sędziwymi drzewami.

            Pukamy do drzwi samotnego domu. Otwiera nam młody, bardzo żywy człowiek o wybitnie mongolskiej twarzy. Czarne brwi, ciemno-żółty odcień skóry, płaski nos,

wystające kości policzkowe

i kruczo-czarne włosy…
            To proboszcz

Kaing-Ba

jedyny mieszkaniec tego samotnego domu.
            W skromnych, prostych słowach opowiada nam o tem, jakto z pod Mukdenu przybył do Europy, jakto los go wyniósł na to stanowisko, jakie piastuje. W roku 1905, w czasie

wojny japońsko-rosyjskiej

bawił w Mukdenie. Jak daleko sięgnąć mogę pamięcią – mówił ks. proboszcz – stał nasz dom daleko na przedmieściu. Ojciec mój był rolnikiem. Przez cały rok stał u nas na kwaterze

oficer rosyjski

mieszkający z żoną. Jednego dnia wyjechał on do Rosji, opuścił wraz z żoną nasz dom, udając się na odległy dworzec kolejowy. Jako trzyletnie dziecko bawiłem się wtedy

na ulicy,

gdy wtem przywołał mnie do siebie jakiś żołnierz, wziął mnie na ręce i mimo mego

oporu poniósł mnie na dworzec,

gdzie czekał juz na mnie nasz były lokator, oficer rosyjski. Zwał się on Bilajewicz… Zabrano mnie do

pociągu.

Jechaliśmy kilka godzin, aż przybyliśmy do małego miasteczka. Był to Mohylew nad Dniestrem.
            Blisko trzy lata przebywałem w domu

rosyjskiego oficera,

który był bezdzietny. Bardzo często pytałem mego opiekuna i jego żonę czy kiedykolwiek wrócę do moich rodzeństwa. Nie dawano mi nigdy żadnej odpowiedzi.
Dopiero kiedy dorosłem, dowiedziałem się o właściwym celu mego porwania. Oficer chciał mieć

chińskie dziecko

w domu jako pewnego rodzaju osobliwość, jako

egzotyk…

Rozumie pan, przecież w Europie bardzo często bogaci ludzie trzymali jako osobliwości

dzieci murzyńskie…

            O moich rodzicach i rodzeństwie do dzisiejszego dnia nie mam najmniejszej wiadomości. Prawdopodobnie uważają mnie za zaginionego albo zmarłego.
            Po trzech latach musiał oficer Bilajewicz wyruszyć

na manewry

i oddał mnie po opiekę swemu bratu inżynierowi w Kamieńcu Podolskim.
            W tym domu bywał

książę Ghika,

pochodzący z Bessarabji. Żona księcia była Polką.
            Za radą proboszcza ks. dr. Mańkowskiego, późniejszego

biskupa,

oddała mnie księżna do polskiego internatu do Krakowa. Kiedy miałem lat dziesięć,

przyjąłem chrzest katolicki

i dostałem imię Józef.
            Poza językiem polskim, który był wykładowym w szkołach, uczyłem się języka niemieckiego, francuskiego i angielskiego.

Zapomniałem zupełnie mojej ojczystej mowy.

            W Krakowie w studjum teologicznem O.O. Misjonarzy skończyłem

wydział teologiczny

i dostałem

święcenia kapłańskie.

Jestem obywatelem polskim. Kościół rzymsko-katolicki przeznaczył mnie tu na placówkę, jako proboszcza.
            Ksiądz proboszcz Kaing-Ba odsuwa szufladę biurka, wyciąga dokument, w którym poselstwo chińskie w Petersburgu, na podstawie zeznań oficera Bilajewicza stwierdza, że Kaing-Ba

pochodzi z Mukdenu

i jest dzieckiem tamtejszego wieśniaka.
            Mieszka tu w samotnym domu przy starym kościele młody ksiądz

Chińczyk,

nieznający swej rodziny, nieznający już dziś swej mowy ojczystej, w pracy duszpasterskiej

znajduje ukojenie

po stracie dalekiej ojczyzny, którą w godzinach samotnych wspomina

jako sen…




niedziela, 27 grudnia 2015

Wiżnica, relacja druga


Kolejny ślad cudzego spotkania z księdzem Kaingbą w Wiżnicy znalazłam, ku memu zdziwieniu, w katolickim tygodniku "Slovenski gospodar" (z 16 sierpnia 1933 roku), wydawanym w latach 1867-1941 w Mariborze.
Notatka nosi tytuł „Japonec – katoliški župnik v Bukovini”, a przetłumaczyła ją dla mnie Staszka Kostić, niezrównana lektorka języka serbskiego w Instytucie Filologii Słowiańskiej UAM.

Japończyk – katolicki ksiądz w Bukowinie

Na pogórzu Karpat w Bukowinie, 4 godziny jazdy pociągiem od dużego miasta Czerniowiec, znajduje się miejscowość Wyżnica. W tym miasteczku księdzem katolickim jest Japończyk, który nazywa się Kaing-Ba. Skąd ten mężczyzna wziął się jako katolicki ksiądz w tamtej okolicy? Dziwna i interesująca jest jego historia. On sam chętnie ją opowiada. Jeśli ktoś go odwiedzi w plebanii, w której sam mieszka, przybyszowi ukaże się nieduża, żwawa postać księdza o wyraźnie mongolskich rysach: czarne, żywe oczy, ciemno-rumiana karnacja, mały prosty nos i niczym węgiel czarne włosy. I ksiądz Kaing-Ba chętnie opowiada przybyszowi historię swojego życia. W roku 1905, w czasach rosyjsko-japońskiej wojny, mieszkał w Mukden, znanym mieście w Mandżurii. Jego ojciec był rolnikiem i miał dom na końcu miasta. W tym domu we wspomnianym roku mieszkał pewien rosyjski oficer ze swoją żoną. Kiedy oficer wraz z żoną wyjeżdał do Rosji, trzyletni wówczas Kaing-Ba pobiegł za nim na dworzec. Jeden z rosyjskich żołnierzy wziął go na ręce i podał wspomnianemu rosyjskiemu oficerowi. Z nim i jego żoną, która nie miała dzieci, przyjechał młody Kaing-Ba do Rosji, najpierw do Mohylewa, a potem do Kamieńca Podolskiego, gdzie zaczął się nim interesować książę Ghika z Besarabii, który miał za żonę pewną Polkę. Za pośrednictwem katolickiego księdza dr Mańkowskiego, który później został arcybiskupem, Kaing-Ba dostał się do katolickiej szkoły w Krakowie. W wieku 10 lat został ochrzczony i na imię dostał Józef. W Krakowie ukończył liceum i studia teologiczne oraz przyjął święcenia na katolickiego duchownego. Oprócz języka polskiego, nauczył się jeszcze francuskiego, angielskiego i niemieckiego. Swój język japoński całkowicie zapomniał. O swoich starszych braciach nigdy więcej nie słyszał. I tak Japończyk z Mandżurii został pasterzem katolickich dusz na Bukowinie.

sobota, 26 grudnia 2015

Wiżnica, relacja pierwsza


Zamiast w Ameryce Południowej, jak marzyło mu się w latach 20., ksiądz Kaingba w 1931 roku znalazł się w Wiżnicy (ówcześnie Vijniţa) - mieście granicznym między Polską i Rumunią, dziś leżącym w Ukrainie. Do roku 1939 był tam duszpasterzem w parafii rzymsko-katolickiej, do której należało sporo przedstawicieli bukowińskiej Polonii. O tym, co doprowadziło do tego wyjazdu, opowiem w stosownym momencie, teraz chcę zaś przytoczyć relacje osób, które miały wówczas przelotny kontakt z Dziadkiem i upamiętniły to w artykułach prasowych.
Pierwszą z takich relacji znalazłam w "Posłańcu św. Grzegorza" nr 7-8/1932 - czasopiśmie polskich Ormian, wychodzącym w latach 1927-1939. Spisał ją na podstawie własnych słów Kaingby niejaki Stanisław Donigiewicz, Polak pochodzenia ormiańskiego, uczestnik wycieczki na odpust św. Antoniego do Kut, będących największym skupiskiem Ormian w II Rzeczpospolitej.
Polskie Kuty i rumuńska Wiżnica leżały po obu stronach rzeki Czeremosz; we wrześniu 1939 roku przez most nad tą rzeką będzie biegła droga ucieczki polskiego rządu.
W relacji Donigiewicza mojemu Dziadkowi poświęcony został obszerny przypis, odnoszący się do informacji w tekście głównym, iż „[p]o sumie wyszli wszyscy na dziedziniec kościelny, gdzie pod gołem niebem wygłosił bardzo piękne kazanie ksiądz proboszcz z Wiżnicy, rodowity Japończyk”. Przypis brzmi tak (zachowuję oryginalną stylistykę, ortografię i interpunkcję):

Nazwisko księdza brzmi Józef Kaing-ba pochodzi z ojczystego miasta Mukden (Korea) jednak ojczystego języka nie zna a to z powodów niżej przytoczonych:
Podczas wojennych rozruchów rosyjsko-japońskich, stracił on ojca i matkę.
Czteroletnim sierotą zajął się rosyjski kapitan Bilaeff, który po skończonej wojnie, zabrał go do Rosji i osiadł z nim w Kamieńcu Podolskim gdzie przebywał do roku 1909.
W roku tym umiera przybrany ojciec księdza Józefa Kaing-ba, Bilaeff, chłopczykiem zajęła się miejscowa inteligencja, która wystarawszy się o bezpłatne miejsce w jednym z Zakładów wychowawczych w Krakowie, wysyła go tam do gimnazjum.
Rodzice ks. Kaing-ba byli poganinami więc i jego tak wychowywano, dopiero u przybranego ojca Bilaeffa usłyszał po raz pierwszy o wierze katolickiej i złożył wówczas w roku 1909 wyznanie wiary katolickiej, ten moment podziałał na niego do tego stopnia, że postanowił sobie po ukończeniu gimnazjum poświęcić się stanowi duchownemu – o ile mu to tylko danem będzie.
Bóg wysłuchał prośbę ks. Kaing-ba – i po szczęśliwym ukończeniu gimnazjum wstąpił na teologię, którą ukończył bardzo dobrze.
U swego przebranego [sic!] ojca Bilaeffa prócz języka rosyjskiego, wyuczył się dobrze władać językami: polskim, niemieckim, francuskim, a ostatnio i rumuńskim – co ułatwiło ks. Kaing-ba w jego studiach.
Dziś ks. Kaing-ba liczy lat 30, z tego 22 przeżył w Polsce, ostatnio pełni urząd proboszcza w parafii łacińskiej w Wyżnicy nad Czeremoszem. Ks. Kaing-ba słynie jako dobry kaznodzieja i cieszy się ogólną sympatią miejscowego społeczeństwa.
Na tem miejscu przepraszam ks. Kaing-ba za moją śmiałość, że umieszczam tych kilka słów o jego osobie, lecz poznawszy go osobiście na wymienionem odpuście tak ujął mnie ks. proboszcz, że nie mogłem się oprzeć by przy opisie tej uroczystości nie wspomnąć o nim jako o kaznodziei, który tak pięknie uświetnił tę uroczystość słowem Bożem.