Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiżnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiżnica. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 lutego 2016

Fragmenty sztambucha







Bydgoszcz 1928

Na zdjęciu Heleny wykonanym w mieszkaniu Anastazji Kraskowskiej i jej córek (ul. Senatorska 9) w prawym dolnym rogu widać daty roczne 1926-1928 i monogram JK, powtórzony w prawym dolnym rogu kartki w wersji z koroną. Odręczne pismo imituje druk.











Vijniţa 11/IX [1]937, g. 21

"Gdyby się złamać, gdyby zwątpić skrycie,
Nie byłoby wiosny, ni słonecznych dróg -
Więc wierzę w Ciebie - Kochana - jak w życie,
Które mi zabrać może tylko Bóg..."

Pod datą dopisek:
"I zabrał dnia 19.III.65 odeszła na wieki Hela"

We wpisach Józefa powraca skojarzenie miłości boskiej i ziemskiej, jakby w ten sposób szukał on argumentów mających uprawomocnić związek z Helą. Jedna z kart zawiera takie zdanie: "Bóg jest wszechmiłością. Kto kocha ludzi, ten spełnia najwyższe Jego przykazanie".

[Zazwyczaj w sztambuchach karty nie były zapełniane kolejno. Ta rozpoczyna sztambuch Heli, choć datowana jest dopiero na 1937 rok.]




Romania, październik 1931

Między kartkami sztambucha zachowała się zasuszona szarotka. Motyw rycerza-obrońcy i jego damy powtarza się we wpisach Józefa kilkakrotnie.

Tu również dopisek późniejszy:
"+19.III.65 skończyło się wszystko"

środa, 3 lutego 2016

Sztambuch Babci Heli

W maju i czerwcu 2015 roku w gmachu poznańskiej Biblioteki Uniwersyteckiej można było oglądać wystawę pt. Pozostań w mej pamięci. Sztambuchy - trwalniki - pamiętniki. W związku z pewną pracą naukową prowadziłam tam wówczas kwerendę czasopiśmienniczą, a że wystawa sąsiadowała z czytelnią, obejrzałam ją sobie skrupulatnie. Nabyłam też zestaw pocztówek z wybranymi stronicami owych libri amicorum - ksiąg przyjaźni. Pierwotnie stanowiły one element kultury studentów, którzy gromadzili w nich wpisy i rysunki swoich uniwersyteckich kolegów jako pamiątkę spędzonych razem lat. W wieku XIX stawały się coraz bardziej popularne wśród pensjonarek i młodych kobiet, które kolekcjonowały wpisy swoich przyjaciółek, adoratorów, krewnych. 
W mojej rodzinie sztambuchy posiadały już tylko kobiety - moja Babcia, moja Mama i wreszcie ja. Babciny, rozpoczęty, gdy miała lat 18, przechował ślady jej związku z Józefem Kaingbą aż do końca lat 30., sztambuch Mamy zawiera pamiątki z czasów szkolnych i harcerskich, a mój (prezent od Babci) w zasadzie przetrwał tylko szkołę podstawową - potem z niego wyrosłam. 
W sztambuchu Heli jest wiele wpisów autorstwa Dziadka - zaczynają się jeszcze w Bydgoszczy, we wczesnej fazie romansu, a potem są już datowane w Wiżnicy, ostatni pochodzi bodaj z 1938 roku. Nie, ostatni jest z roku 1965 i dodany został po śmierci Heli...
Wpisy są dwujęzyczne - niektóre po polsku, inne po niemiecku. Wspominałam wcześniej, że w rodzinie Anastazji Kraskowskiej używało się obu języków, Klara jako najstarsza z sióstr zaczęła naukę jeszcze w szkole pruskiej i do końca życia lepiej jej się liczyło po niemiecku (a była księgową). Niemiecki był też "sekretnym" językiem Heli i Klary - przełączały się nań, ilekroć chciały zataić przede mną treść swoich rozmów. 
Zawartość wpisów to amatorskie wiersze miłosne autorstwa Dziadka (literacko słabiutkie, niestety, ale tchnące szczerością), cudze utwory, sentencje i cytaty, wreszcie pojedyncze, zwyczajne zdania wyrażające różne emocje - miłość, tęsknotę, rozterkę. Z niektórych wynika, że były umieszczane w sztambuchu pod nieobecność Heli, co oznacza, że nie zabierała go ona ze sobą, gdy wyjeżdżała z Wiżnicy do Poznania. 
Kustoszką pamiątek po Heli i Józefie była ciotka Klara, po jej śmierci w roku 1989 trafiły one do moich Rodziców, a teraz ja się nimi zajmuję. Następny post - po którym nastąpi przerwa w prowadzeniu tego bloga do połowy lutego - będzie zawierał wybrane faksymilia ze sztambucha Heleny.

wtorek, 2 lutego 2016

Musia i Mandziuk

Jak to u zakochanych bywa, Hela i Józef mieli swoje czułe przezwiska: ona była Musią, on Mandziukiem. Skąd to wiem? Otóż ze sztambucha mojej Babci, który stanie się tematem następnych wpisów. Zanim jednak go otworzymy, pokażę jeszcze pozostałe zdjęcia z Wiżnicy, na których są oni oboje. Każda z tych fotografii jest w jakiś szczególny sposób wyjątkowa.





To jest jedno jedyne zdjęcie spośród zachowanych w moim archiwum, na którym widać TYLKO Helę i Józefa. Albo inne tego rodzaju ujęcia zostały z albumu usunięte (są w nim puste miejsca z resztkami kleju), albo kochankowie dawali się fotografować tylko w grupie i tylko w sytuacjach nie sugerujących żadnej między nimi intymności. Tu jest inaczej - symetria sylwetek, stykające się dłonie, poważne spojrzenia wprost w obiektyw aparatu wskazują, że ta kobieta i ten mężczyzna są parą.











Panie na leżakach, panowie w swobodnych pozach stojących - scenka niczym z jakiegoś wiśniowego sadu, ot wiejska kanikuła. Tej letniej aurze poddał się nawet czarno-biały kot, który zaległ w trawie w stosownej odległości od ludzi (w powiększeniu widać go wyraźniej). Moje oko kociary wypatrzyło go natychmiast.








A na odwrocie tej fotografii z górskiej wycieczki mój Dziadek napisał:
Venusy i ich pan-władca dobrotliwy
Droga Mleczna
1934









poniedziałek, 1 lutego 2016

Szum Czeremoszu

Wczorajszą niedzielę spędziłam między innymi na oglądaniu filmów o Wiżnicy na You Tubie - tych kręconych amatorsko, np. podczas wypraw wakacyjnych, i tych, które miały swoją emisję w telewizji (ukraińskiej, rzecz jasna). Zachęciły mnie one do pokazania jednak w tym blogu kilku zdjęć z albumu Heli, zwłaszcza że przecież Huculszczyzna, Bukowina, Czeremosz - to są nazwy, które w polskim imaginarium mają swoją nostalgiczną tradycję. Biesiadna pieśń o czerwonym pasie i Hucule, który z dala od swej połoniny ginie z tęsknoty - to plebejski ślad tej tradycji. A ślad literacki to proza Stanisława Vincenza. Z Wiżnicy do Słobody Rungurskiej, gdzie pisarz się urodził, jest raptem jakies 50 km.




Orzeźwiająca kąpiel w górskim strumieniu. Takich zdjęć jest w moim albumie kilkanaście, na wszystkich widać Helę i parę małżeńską w średnim wieku, która występuje także na różnych innych fotografiach.









Idylliczna letnia scena na łące czy raczej pastwisku. Również takich ujęć mam w swym zbiorze kilka, a moją uwagę zwróciła szczególnie bosonoga pasterka w półkożuszku. Ciekawe, czy znalazła się w kadrze przypadkiem, czy też poproszono ją, by tam stanęła i dodała w ten sposób (razem z krowami i stogami siana w tle) lokalnego kolorytu obrazkowi.





Spławianie drewna Czeremoszem. To bardzo efektowny widok, który i dziś można oglądać na wielu rzekach.
Tu Hela znów z tą samą parą małżeńską.










A to zdjęcie w oryginale jest niewiele większe od pocztowego znaczka, ale - rzecz zupełnie wyjątkowa - widać na nim Józefa Kaingbę i Helę w towarzystwie ich wiżnickich przyjaciół. Najwyraźniej zostało zrobione znienacka, Józef wyciąga na nim prawą rękę jakby chciał powstrzymać fotografa czy fotografkę, Hela nie jest świadoma, że ktoś ją w tej chwili uwiecznia, w związku z czym nie zdążyła się stosownie upozować.

sobota, 30 stycznia 2016

Co się właściwie zdarzyło w Wiżnicy?

Od wczoraj w moich usiłowaniach odtworzenia historii związku Heleny Kraskowskiej i Józefa Kaingby nastąpił zaskakujący zwrot, który zawdzięczam Jerzemu Danielewiczowi. Jak już pisałam, poprosiłam go o konsultację translatorską w sprawie Testimonium Copulationis, który to dokument jest mi znany od półtora roku i którego istoty nie mogłam do końca pojąć; kluczowe wszakże było dla mnie słowo copulationis. Niejako "roboczo" interpretowałam go jako świadectwo wyznania grzechu (może w ramach spowiedzi?) księdza Kaingby (tym bardziej, że znajduje się on w Archiwum Zgromadzenia Misjonarzy św. Wincentego a Paulo) - zakładając, że zajmę się nim w stosownym momencie mojego dochodzenia. 
Wstępny przekład profesora Danielewicza (sprzed dwóch czy trzech dni) w zasadzie potwierdzał moją hipotezę. Jednak przeczytawszy wczoraj mój poprzedni wpis - ten dotyczący właśnie Testimonium - Profesor skontaktował się ze mną w trybie pilnym, by skorygować swoją pierwotną interpretację, również zasugerowaną wieloznacznością słowa copulationis i całym kontekstem sytuacyjnym. Teraz, po dokładniejszym wejrzeniu w treść Testimonium i sprawdzeniu tekstu rumuńskiego (Certificat de cununie), stwierdził, że w istocie jest to wypis z księgi ślubów parafii rzymsko-katolickiej w Wiżnicy (tej, w której proboszczem był mój Dziadek!), poświadczający ZAWARCIE ZWIĄZKU MAŁŻEŃSKIEGO przez Józefa Kaingbę i Helenę Kraskowską w Wiżnicy, w dniu 18 sierpnia 1932 roku, w obecności świadków (jeśli dobrze odcyfrowujemy nazwiska): Oresta Tuschinskiego i Hieronima Poftiese (?), uwierzytelniony przez O. Hackmanna 20 sierpnia tegoż roku. Dokument opatrzony jest okrągłą pieczęcią parafii (Officul Parohial Rom. Catol. Vijniţa).
I co ja, nieszczęsna dociekliwa wnuczka Józefa i Heleny, mam o tym myśleć? Józef Kaingba do końca życia pozostał księdzem. Nigdy, przenigdy w przekazach rodzinnych nie pojawiło się nic, co miałoby jakikolwiek związek z tym Testimonium; może tylko mówiło się, że Dziadek właściwie nie miał ochoty na kapłaństwo, a jedynie tak się ułożyły okoliczności jego życia. "Wykierowano go na księdza" - taką formułę raz czy drugi usłyszałam bodaj od ciotki Klary. Na pewno w drugiej połowie życia, tej powojennej, nie tylko z losem swoim się pogodził, ale wręcz traktował go w kategoriach powołania. Ale w latach 1928-1939 był młodym, zakochanym mężczyzną!
Mam pewne hipotezy co do tego, skąd się wzięło owo Testimonium, ale zanim ich nie zweryfikuję, nie będę w tym blogu więcej pisać na ten temat.
Jako ilustrację do tego posta wybieram takie oto przedziwne zdjęcie, także z czasów wiżnickich. Hela i trzy inne młode dziewczyny są tu starannie upozowane tak, by tworzyły symetryczną kompozycję i zarazem perspektywę, która zbiega się w lustrze. A w tym lustrze odbija się sylwetka Józefa Kaingby. 

piątek, 29 stycznia 2016

Testimonium copulationis

Przebieranki przebierankami, ale Hela przede wszystkim ceniła sobie klasyczną, prostą elegancję i wiele zdjęć to potwierdza. Mogłabym jeszcze kilka kolejnych postów zapełniać jej wizerunkami, ale ma to być blog poświęcony nie mojej Babci, tylko mojemu Dziadkowi, więc na tym kończę prezentację jej różnych wcieleń i kreacji. 
Nasuwa się natomiast pytanie, w jakiej właściwie roli występowała Hela w Wiżnicy. O tym, że Kościół wiedział o wciąż trwającym jej romansie z kłopotliwym księdzem azjatyckiego pochodzenia, świadczy wspomniane w jednym z wcześniejszych postów ("W Archiwum Zgromadzenia Księży Misjonarzy") Testimonium Copulationis, przechowywane w krakowskiej teczce osobowej księdza Kaingby. Gdy zjawiłam się w Archiwum, jedno z pierwszych pytań zadanych mi przez tamtejszego Księdza Dyrektora dotyczyło moich powiązań z wymienioną tam z nazwiska Heleną Kraskowską. Informacja, że jestem wnuczką jej i Kaingby, nie zrobiła większego wrażenia na Księdzu, a nawet jakby wytworzyła między nami pewną zażyłość, którą zachęcona, zamierzam jeszcze parę razy pojawić się na Stradomskiej.
Dokument jest dwujęzyczny, po rumuńsku i po łacinie, sporządzono go na przeznaczonym specjalnie do takich celów formularzu (co samo w sobie daje do myślenia) i w zasadzie nawet osoba nieznająca - jak ja - łaciny nie powinna mieć problemów z jego zrozumieniem. Ponieważ jednak dotyczy kwestii nader istotnej dla opowiadanej tu historii, o jego przełożenie poprosiłam filologa klasycznego. Oto więc zasadniczy fragment owego Testimonium w tłumaczeniu na język polski: 

Świadectwo kopulacji / Stwierdzenie odbycia stosunku płciowego  
W księdze zaślubionych parafii rzym.-kat. Vijniţa tom IV 
strona 283

znajdują się następujące dane:

W roku tysięcznym dziewięćsetnym trzydziestym drugim

tj. 1932 w dniu 18 sierpnia mieli stosunek płciowy w Vijniţa

[tu znajdują się w równoległych rubrykach dane osobowe Józefa Kaingby i Heleny Kraskowskiej] 
 
(Sporządzone) przez O. Hackmanna
Na uwiarygodnienia powyższego niniejsze pismo poświadczające, obwarowane pieczęcią Kościoła, własną ręką podpisuję. 
Vijniţa w (dniu) 20 sierpnia 1932 

Jak rozumieć sens tego Testimonium? Czemu miało ono służyć? Jeśli to rodzaj donosu na księdza, który nie dochowuje celibatu, to dlaczego zostało zapisane w "księdze zaślubionych"? Dlaczego nazwiska Kaingby i Heleny znalazły się w rubrykach zatytułowanych "Sponsus" (narzeczony) i "Sponsa" (narzeczona)? Mam nadzieję, że niebawem znajdę odpowiedzi na te pytania, muszę je tylko zadać właściwym osobom. W każdym razie wśród wiżnickich Polaków Hela i Józef czuli się zupełnie swobodnie i nie skrywali swej zażyłości, a niektóre z tych znajomości czy wręcz przyjaźni dotrwały do czasów powojennych.

czwartek, 28 stycznia 2016

Przebieranki Heli











Na tym zdjęciu Hela wygląda trochę jak Madame Butterfly, czyż nie?




















A tu z kolei Hela Wamp...






















...i znów gejsza...























...a dla odmiany zawadiacka chłopczyca; to co ma na głowie nazywało się ponoć "amerykanka" i było noszone przez obie płcie.











I jeszcze jedna męska stylizacja Heli. Na wielu zdjęciach z Wiżnicy panie noszą spodnie, często pumpy, jak ta wysoka uśmiechnięta dziewczyna w ciemnym żakiecie. Miało to związek z aktywnym trybem tamtejszego życia: dużo pieszych wycieczek, gry i zabawy na świeżym powietrzu.
Pumpy były również ulubionym elementem garderoby księdza Kaingby, gdy nie miał na sobie sutanny. Ubierał się w nie także po wojnie.




środa, 27 stycznia 2016

Hela i jej kreacje

Mam mnóstwo zdjęć z lat 30., na których jest Hela w różnych swoich kreacjach - często sama, starannie upozowana we wnętrzu lub w scenerii naturalnej, ale jeszcze częściej są to zdjęcia grupowe, przedstawiające wciąż te same osoby, zwykle rozbawione, w nastroju piknikowym, na wycieczce górskiej czy nad rzeką. Niektóre na odwrocie są opisane ręką Dziadka - Vijniţa, rok (1934, 1935, 1936, 1938), jakieś imiona, czasem żartobliwy komentarz. Na przykład:




"Wyścigi"
(Hela pierwsza z lewej)








Mnie jednak najbardziej interesują te, na których jest wyłącznie Hela. Nie tylko ze względu na nią i na mój stosunek do niej, ale również dlatego, że robił je Dziadek - z miłością, adoracją i czułością. 




Nie da się powiedzieć, że Hela była jakoś szczególnie piękna, choć na tle swoich dwóch ewidentnie nieładnych sióstr zdecydowanie się wyróżniała. Ale miała mnóstwo wdzięku, poruszała się z gracją i umiała pozować do zdjęć, a to niemała sztuka.

Tu jest ubrana we własnoręcznie wyhaftowaną bluzkę, a we włosach ma ulubioną spinkę. Huculski folklor bardzo zainspirował jej talent hafciarski - podobnymi bluzkami obdarowała też Klarę i Trudę, ale na nich tak ładnie one nie wyglądały.













Z cyklu zdjęć "Hela na ludowo" wybieram jeszcze to w ogródku przy płocie, w innej bluzce ozdobionej wspaniałym haftem i w równie efektownej spódnicy. Babcia spogląda na swojego fotografa zalotnie, z charakterystycznym półuśmiechem - na żadnym ze zdjęć nie widać jej szeroko roześmianej.














I ostatnie (na dziś) zdjęcie Heleny-Hucułki, tym razem we wnętrzu, z tą samą spinką we włosach i niezmiennym półuśmiechem.

Wiem, strasznie sentymentalne są te moje komentarze, ale oglądanie tych zdjęć zawsze mnie tak nastraja. 

W następnych postach będą inne, już nie ludowe kreacje Heleny - specjalnie dla moich Drogich Koleżanek.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Rumunia, idylla huculska

Związek księdza Kaingby ze Zgromadzeniem Misjonarzy św. Wincentego a Paulo bynajmniej nie wygasł z chwilą formalnego zwolnienia go ze ślubów misyjnych. Marzenie o wyjeździe na daleką, egzotyczną misję zapewne od młodych lat mu towarzyszyło, lecz zamiast do Ameryki Południowej czy Chin (czy miał nadzieję odnaleźć tam swą rodzinę?) został skierowany do Rumunii, a właściwie tuż za granicę polsko-rumuńską (zob. post "Wiżnica, relacja pierwsza").
Spędził tam prawie całe lata trzydzieste jako proboszcz parafii rzymsko-katolickiej w Wiżnicy. Pod koniec października 1938 roku biskup diecezji Jassy wystawił mu zaświadczenie takiej mniej więcej treści:
Niżej podpisany biskup Jass poświadcza, że wielebny ksiądz Józef Kaing-Ba z Polski pracował przez 7 lat w parafii Vijnita administrowanej przez moją diecezję i teraz chce odejść z diecezji do Polski; wystawiam to świadectwo, które zwalnia go od ekskomuniki, obmowy lub zawieszenia, by mógł celebrować Mszę świętą.
Nie wiem, czy tekst powyższy to jakaś ustalona formuła przyjęta w kościelnych procedurach, czy też zredagowany został na potrzeby tego konkretnego przypadku. Wbrew temu, co wypisywali autorzy relacji, które przytaczałam w trzech kolejnych postach z Wiżnicą w tytule (z grudnia 2015), mój Dziadek wcale nie pędził tam samotnego żywota. Przeciwnie, zarówno fotografie z tego okresu, jak i pewne świadectwa pisane wskazują, że towarzystwa mu nie brakowało. Hela odwiedzała go regularnie i teraz przez kilka kolejnych dni będę tu przywoływać różne pamiątki tych wizyt. Dziś kartka pocztowa, jaką wysłała do swojej siostry Trudy 4 grudnia 1934 roku.
Podpis na pocztówce głosi: "Idylla huculska nad Czarnym Czeremoszem". A oto, co pisze Hela:

Kochana Truda!
Jestem obecnie w Kosowie i pozostanę do piątku. Paczkę wysłaliśmy z Kut. Jeżeli chcesz zrobić przyjemność J. i ponieważ karty są bardzo drogie możesz mu przysłać małą paczkę i włożyć jedną serwulatkę i te cukierki miętowe które miałam na podróż. J. nie wie, że do Ciebie piszę, a to na święta najwięcej sobie życzył i byłaby to przyjemna niespodzianka. Czy Twoja suknia już uszyta? Bo moje tu się szyją, ta czarna jedwabna i jedna wełniana niebieska. My jeszcze przed świętami wyślemy paczkę. 
Napisz znów długi list. Całuję i pozdrawiam Wszystkich w domu
                                       Hela
Serdeczne pozdrowienia dla Panny Zosi i Halinki.
Takich kartek musiało być więcej, ale zachowała się tylko jedna. Jej treść, choć tak banalna, wiele mi mówi o ówczesnym życiu mojej Babci: o tym, że związek z księdzem Kaingbą stał się dla niej i dla jej bliskich czymś najnormalniejszym w świecie, że codzienność w Wiżnicy niewiele się różniła od codzienności w Poznaniu czy w Bydgoszczy, że oboje z Dziadkiem lubili miętówki, a on poza tym - serwulatkę. (Co do serwulatki, a konkretnie "serwulatki z chabaniny", to ze Słowniczka bydgoskiego https://bydgostiana.wordpress.com/slowniczek-bydgoski/ dowiedziałam się, iż jest to sucha kiełbasa z koniny).
No i te suknie, nieustanny przedmiot zainteresowania i troski Heli! Kilka z nich postaram się tu niebawem pokazać.


poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wiżnica, relacja trzecia

Następny materiał, który znalazłam dzięki kwerendzie w zasobach cyfrowych (Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa), pochodzi z gazety “Orędownik. Ilustrowane pismo narodowe i katolickie” nr 160/1934 i jest dość obszerny. Nie został opatrzony nazwiskiem autora, ale co ciekawe, ksiądz Kaing-Ba występuje tu jako “ja” mówiące w pierwszej osobie. Przytaczam ten artykuł w całości, zachowując pisownię i osobliwy układ typograficzny:

Dziwnie układają się ludzkie losy
Porwane dziecko wieśniaka chińskiego polskim kapłanem
Ciekawe koleje wykradzionego przez Rosjanina Chińczyka

U stóp lesistych bukowińskich Karpat leży małe miasteczko Wyżnica. Można się dostać do niego z Czerniowec po czterogodzinnej jeździe koleją. W tej to miejscowości zjawił się ostatnio
nowy obywatel
i działacz, człowiek, którego kolebka stała w dalekiej Mandżurii.
            Stroma ścieżka wiedzie do rzymsko-katolickiej plebanji, stojącej obok kościoła okolonego

sędziwymi drzewami.

            Pukamy do drzwi samotnego domu. Otwiera nam młody, bardzo żywy człowiek o wybitnie mongolskiej twarzy. Czarne brwi, ciemno-żółty odcień skóry, płaski nos,

wystające kości policzkowe

i kruczo-czarne włosy…
            To proboszcz

Kaing-Ba

jedyny mieszkaniec tego samotnego domu.
            W skromnych, prostych słowach opowiada nam o tem, jakto z pod Mukdenu przybył do Europy, jakto los go wyniósł na to stanowisko, jakie piastuje. W roku 1905, w czasie

wojny japońsko-rosyjskiej

bawił w Mukdenie. Jak daleko sięgnąć mogę pamięcią – mówił ks. proboszcz – stał nasz dom daleko na przedmieściu. Ojciec mój był rolnikiem. Przez cały rok stał u nas na kwaterze

oficer rosyjski

mieszkający z żoną. Jednego dnia wyjechał on do Rosji, opuścił wraz z żoną nasz dom, udając się na odległy dworzec kolejowy. Jako trzyletnie dziecko bawiłem się wtedy

na ulicy,

gdy wtem przywołał mnie do siebie jakiś żołnierz, wziął mnie na ręce i mimo mego

oporu poniósł mnie na dworzec,

gdzie czekał juz na mnie nasz były lokator, oficer rosyjski. Zwał się on Bilajewicz… Zabrano mnie do

pociągu.

Jechaliśmy kilka godzin, aż przybyliśmy do małego miasteczka. Był to Mohylew nad Dniestrem.
            Blisko trzy lata przebywałem w domu

rosyjskiego oficera,

który był bezdzietny. Bardzo często pytałem mego opiekuna i jego żonę czy kiedykolwiek wrócę do moich rodzeństwa. Nie dawano mi nigdy żadnej odpowiedzi.
Dopiero kiedy dorosłem, dowiedziałem się o właściwym celu mego porwania. Oficer chciał mieć

chińskie dziecko

w domu jako pewnego rodzaju osobliwość, jako

egzotyk…

Rozumie pan, przecież w Europie bardzo często bogaci ludzie trzymali jako osobliwości

dzieci murzyńskie…

            O moich rodzicach i rodzeństwie do dzisiejszego dnia nie mam najmniejszej wiadomości. Prawdopodobnie uważają mnie za zaginionego albo zmarłego.
            Po trzech latach musiał oficer Bilajewicz wyruszyć

na manewry

i oddał mnie po opiekę swemu bratu inżynierowi w Kamieńcu Podolskim.
            W tym domu bywał

książę Ghika,

pochodzący z Bessarabji. Żona księcia była Polką.
            Za radą proboszcza ks. dr. Mańkowskiego, późniejszego

biskupa,

oddała mnie księżna do polskiego internatu do Krakowa. Kiedy miałem lat dziesięć,

przyjąłem chrzest katolicki

i dostałem imię Józef.
            Poza językiem polskim, który był wykładowym w szkołach, uczyłem się języka niemieckiego, francuskiego i angielskiego.

Zapomniałem zupełnie mojej ojczystej mowy.

            W Krakowie w studjum teologicznem O.O. Misjonarzy skończyłem

wydział teologiczny

i dostałem

święcenia kapłańskie.

Jestem obywatelem polskim. Kościół rzymsko-katolicki przeznaczył mnie tu na placówkę, jako proboszcza.
            Ksiądz proboszcz Kaing-Ba odsuwa szufladę biurka, wyciąga dokument, w którym poselstwo chińskie w Petersburgu, na podstawie zeznań oficera Bilajewicza stwierdza, że Kaing-Ba

pochodzi z Mukdenu

i jest dzieckiem tamtejszego wieśniaka.
            Mieszka tu w samotnym domu przy starym kościele młody ksiądz

Chińczyk,

nieznający swej rodziny, nieznający już dziś swej mowy ojczystej, w pracy duszpasterskiej

znajduje ukojenie

po stracie dalekiej ojczyzny, którą w godzinach samotnych wspomina

jako sen…




niedziela, 27 grudnia 2015

Wiżnica, relacja druga


Kolejny ślad cudzego spotkania z księdzem Kaingbą w Wiżnicy znalazłam, ku memu zdziwieniu, w katolickim tygodniku "Slovenski gospodar" (z 16 sierpnia 1933 roku), wydawanym w latach 1867-1941 w Mariborze.
Notatka nosi tytuł „Japonec – katoliški župnik v Bukovini”, a przetłumaczyła ją dla mnie Staszka Kostić, niezrównana lektorka języka serbskiego w Instytucie Filologii Słowiańskiej UAM.

Japończyk – katolicki ksiądz w Bukowinie

Na pogórzu Karpat w Bukowinie, 4 godziny jazdy pociągiem od dużego miasta Czerniowiec, znajduje się miejscowość Wyżnica. W tym miasteczku księdzem katolickim jest Japończyk, który nazywa się Kaing-Ba. Skąd ten mężczyzna wziął się jako katolicki ksiądz w tamtej okolicy? Dziwna i interesująca jest jego historia. On sam chętnie ją opowiada. Jeśli ktoś go odwiedzi w plebanii, w której sam mieszka, przybyszowi ukaże się nieduża, żwawa postać księdza o wyraźnie mongolskich rysach: czarne, żywe oczy, ciemno-rumiana karnacja, mały prosty nos i niczym węgiel czarne włosy. I ksiądz Kaing-Ba chętnie opowiada przybyszowi historię swojego życia. W roku 1905, w czasach rosyjsko-japońskiej wojny, mieszkał w Mukden, znanym mieście w Mandżurii. Jego ojciec był rolnikiem i miał dom na końcu miasta. W tym domu we wspomnianym roku mieszkał pewien rosyjski oficer ze swoją żoną. Kiedy oficer wraz z żoną wyjeżdał do Rosji, trzyletni wówczas Kaing-Ba pobiegł za nim na dworzec. Jeden z rosyjskich żołnierzy wziął go na ręce i podał wspomnianemu rosyjskiemu oficerowi. Z nim i jego żoną, która nie miała dzieci, przyjechał młody Kaing-Ba do Rosji, najpierw do Mohylewa, a potem do Kamieńca Podolskiego, gdzie zaczął się nim interesować książę Ghika z Besarabii, który miał za żonę pewną Polkę. Za pośrednictwem katolickiego księdza dr Mańkowskiego, który później został arcybiskupem, Kaing-Ba dostał się do katolickiej szkoły w Krakowie. W wieku 10 lat został ochrzczony i na imię dostał Józef. W Krakowie ukończył liceum i studia teologiczne oraz przyjął święcenia na katolickiego duchownego. Oprócz języka polskiego, nauczył się jeszcze francuskiego, angielskiego i niemieckiego. Swój język japoński całkowicie zapomniał. O swoich starszych braciach nigdy więcej nie słyszał. I tak Japończyk z Mandżurii został pasterzem katolickich dusz na Bukowinie.

sobota, 26 grudnia 2015

Wiżnica, relacja pierwsza


Zamiast w Ameryce Południowej, jak marzyło mu się w latach 20., ksiądz Kaingba w 1931 roku znalazł się w Wiżnicy (ówcześnie Vijniţa) - mieście granicznym między Polską i Rumunią, dziś leżącym w Ukrainie. Do roku 1939 był tam duszpasterzem w parafii rzymsko-katolickiej, do której należało sporo przedstawicieli bukowińskiej Polonii. O tym, co doprowadziło do tego wyjazdu, opowiem w stosownym momencie, teraz chcę zaś przytoczyć relacje osób, które miały wówczas przelotny kontakt z Dziadkiem i upamiętniły to w artykułach prasowych.
Pierwszą z takich relacji znalazłam w "Posłańcu św. Grzegorza" nr 7-8/1932 - czasopiśmie polskich Ormian, wychodzącym w latach 1927-1939. Spisał ją na podstawie własnych słów Kaingby niejaki Stanisław Donigiewicz, Polak pochodzenia ormiańskiego, uczestnik wycieczki na odpust św. Antoniego do Kut, będących największym skupiskiem Ormian w II Rzeczpospolitej.
Polskie Kuty i rumuńska Wiżnica leżały po obu stronach rzeki Czeremosz; we wrześniu 1939 roku przez most nad tą rzeką będzie biegła droga ucieczki polskiego rządu.
W relacji Donigiewicza mojemu Dziadkowi poświęcony został obszerny przypis, odnoszący się do informacji w tekście głównym, iż „[p]o sumie wyszli wszyscy na dziedziniec kościelny, gdzie pod gołem niebem wygłosił bardzo piękne kazanie ksiądz proboszcz z Wiżnicy, rodowity Japończyk”. Przypis brzmi tak (zachowuję oryginalną stylistykę, ortografię i interpunkcję):

Nazwisko księdza brzmi Józef Kaing-ba pochodzi z ojczystego miasta Mukden (Korea) jednak ojczystego języka nie zna a to z powodów niżej przytoczonych:
Podczas wojennych rozruchów rosyjsko-japońskich, stracił on ojca i matkę.
Czteroletnim sierotą zajął się rosyjski kapitan Bilaeff, który po skończonej wojnie, zabrał go do Rosji i osiadł z nim w Kamieńcu Podolskim gdzie przebywał do roku 1909.
W roku tym umiera przybrany ojciec księdza Józefa Kaing-ba, Bilaeff, chłopczykiem zajęła się miejscowa inteligencja, która wystarawszy się o bezpłatne miejsce w jednym z Zakładów wychowawczych w Krakowie, wysyła go tam do gimnazjum.
Rodzice ks. Kaing-ba byli poganinami więc i jego tak wychowywano, dopiero u przybranego ojca Bilaeffa usłyszał po raz pierwszy o wierze katolickiej i złożył wówczas w roku 1909 wyznanie wiary katolickiej, ten moment podziałał na niego do tego stopnia, że postanowił sobie po ukończeniu gimnazjum poświęcić się stanowi duchownemu – o ile mu to tylko danem będzie.
Bóg wysłuchał prośbę ks. Kaing-ba – i po szczęśliwym ukończeniu gimnazjum wstąpił na teologię, którą ukończył bardzo dobrze.
U swego przebranego [sic!] ojca Bilaeffa prócz języka rosyjskiego, wyuczył się dobrze władać językami: polskim, niemieckim, francuskim, a ostatnio i rumuńskim – co ułatwiło ks. Kaing-ba w jego studiach.
Dziś ks. Kaing-ba liczy lat 30, z tego 22 przeżył w Polsce, ostatnio pełni urząd proboszcza w parafii łacińskiej w Wyżnicy nad Czeremoszem. Ks. Kaing-ba słynie jako dobry kaznodzieja i cieszy się ogólną sympatią miejscowego społeczeństwa.
Na tem miejscu przepraszam ks. Kaing-ba za moją śmiałość, że umieszczam tych kilka słów o jego osobie, lecz poznawszy go osobiście na wymienionem odpuście tak ujął mnie ks. proboszcz, że nie mogłem się oprzeć by przy opisie tej uroczystości nie wspomnąć o nim jako o kaznodziei, który tak pięknie uświetnił tę uroczystość słowem Bożem.