Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 marca 2016

A tymczasem w Poznaniu...

Podczas wojny Helena i Józef stracili ze sobą kontakt i nie wiem, kiedy go odzyskali, ale w latach powojennych ich relacja przybrała zupełnie inny charakter, powiedziałabym, że rodzinno-przyjacielski. Dziadek w miarę swoich skromnych możliwości dokładał się do kosztów kształcenia mojego Ojca, który tymczasem skończył szkołę średnią, zdał maturę i rozpoczął studia medyczne na Uniwersytecie Poznańskim (uczelnia dopiero w 1955 roku zmieniła nazwę na Uniwersytet im. Adama Mickiewicza).


Zajęcia odbywał Ojciec w tym samym gmachu Collegium Maius (pierwotnie zbudowanym dla pruskiej Komisji Kolonizacyjnej, czyli osławionej Hakaty), w którym ja teraz mam swój gabinet. 

Na tym niesamowitym zdjęciu widać Ojca, jak na ćwiczeniach w prosektorium razem z koleżanką ze studiów preparuje ludzkie ciało. Podobno były to zwłoki osławionego Gauleitera Greisera, które po jego egzekucji przekazano do użytku Wydziału Medycznego, ale nie mam możliwości, by tę informację (pochodzącą od Ojca) zweryfikować. Chyba żeby się przyjrzeć rysom twarzy...





Moja Mama, Eugenia Biała, po wojnie skończyła Technikum Drobiarskie. Życiowe drogi Rodziców skrzyżowały się, jak już miałam okazję wspomnieć, w poznańskim klubie YMCA, znanym z doskonałych potańcówek i z tego, że grywał w nim Krzysztof Komeda. Zbyszek Kraskowski - zwany Bibą - świetnie tańczył rock-and-rolla oraz "z przytulanką", co zapewniało mu powodzenie wśród dziewczyn, choć nie należał do typu podrywaczy. Śpiewał też w chórze rewelersów Zielone Koniczynki.
6 kwietnia 1953 roku odbył się ślub Zbigniewa Kraskowskiego z Eugenią Białą, a po 11 miesiącach (62 lata temu, co do dnia...) przyszłam na świat ja. Ojciec właśnie kończył studia, a że mieszkali kątem u rodziców Mamy, chętnie skorzystał z oferty pracy w Wałbrzychu, dokąd przeprowadziliśmy się jesienią 1954 roku. Tam odbyłam edukację szkolną, pozawierałam przyjaźnie, które trwają do dziś, i związałam się uczuciowo z tym dziwnym miastem, mającym dzięki współczesnej prozie (Tokarczuk, Tryzna, Bator, Oryszyn) swoje 5 minut sławy w dziejach polskiej literatury. W 1972 roku zdałam maturę i podjęłam studia na poznańskiej polonistyce, ale do dziś czuję się wałbrzyszanką. Rodzice mieszkali tam do śmierci Ojca w 2004 roku.

piątek, 8 stycznia 2016

W Archiwum Zgromadzenia Księży Misjonarzy

Gdy w czerwcu 2014 roku, uzgodniwszy wcześniej termin kwerendy, odwiedziłam Archiwum Zgromadzenia Księży Misjonarzy na ulicy Stradomskiej 4 w Krakowie, czekała tam na mnie teczka z aktami personalnymi księdza Józefa Kaingby, a w niej:
  • kwestionariusz przystąpienia do Zgromadzenia
  • świadectwo chrztu
  • Testimonium Copulationis z Heleną Kraskowską
  • wycinek z artykułem ze "Słowa Powszechnego" z roku 1971
  • świadectwo szkolne z roku 1916, klasa IV (zachowanie - dobry; religia - bdb; j. polski, łacina, j. niemiecki, matematyka, fizyka i chemia - oceny dostateczne; historia, geografia, rysunek odręczny - oceny dobre; j. ruski, historia naturalna, propedeutyka filozofii, kaligrafia - brak oceny; wynik ogólny - "Do klasy następnej nie uzdolniony")
  • korespondencja
  • zdjęcie mojej Babci z synkiem, czyli moim Ojcem, w mundurku harcerskim
  • zdjęcie księdza Kaingby w otoczeniu dużej gromady dzieci przystępujących do I Komunii św., zapewne w Siemianicach

Oczywiście najbardziej byłam ciekawa owego Testimonium, przypuszczałam bowiem - niesłusznie, jak się miało okazać - że może się ono odnosić do aktu poczęcia mego Ojca, ale o tym dokumencie napiszę w stosownej chwili. 
W korespondencji znalazło się parę listów rzucających światło na wydarzenia z lat 1928-1930, tzn. romans ks. Kaingby i narodziny Jego syna - do nich dojdziemy już niebawem. Był tam również list napisany odręcznie na zwykłej kartce kratkowanego papieru, którego treść tu przytaczam:
"Najprzewielebniejszy Ks. Wizytatorze,
Śmiem zwrócić się z prośbą o łaskawe zezwolenie ks. Józefowi Kaing-Ba przyjechać na kilka dni do Krzemieńca, gdyż tu w Krzemieńcu są zgromadzeni ludzie którzy go od małego znają i razem z nim przebywali w Kamieńcu Podolskim i uważają ks. Józefa członkiem swojej rodziny. Byłem też umyślnie wydelegowany do Krakowa ażeby osobiście prosić o ks. Kaing-Ba Ks. Wizytatora, lecz trafiłem nieszczęśliwie, gdyż Najprzew. Ks. Wizytatora nie zastałem w Krakowie proszę więc bardzo Ks. Wizytatora o uwzględnienie mojej prośby i wszystkich tych, którzy tu w Krzemieńcu oczekują ks. Józefa Kaing-By, prośbę swoją popieram jeszcze tem, że w krótkim czasie będę przeniesiony za granicę Państwa do jednego z konsulatów i wtedy nie możliwym będzie zobaczyć się więcej z ks. Kaing-Bą gdyż i on po niejakim czasie prawdopodobnie wyjedzie z Kraju na misję.
Ufam iż Najprzew. Ks. Wizytator wysłucha mojej prośby i zezwoli ks. Kaing-Ba na przyjazd do Krzemieńca.
Pozostaję z szacunkiem
[tu trudny do odcyfrowania podpis, chyba Fr. Groński - EK]
Krzemieniec 30/VII [19]24"

List ten jest potwierdzeniem owego tropu krzemienieckiego, przy którym upiera się Teresa Likon. Krzemieniec, w odróżnieniu od Kamieńca Podolskiego, pozostał po 1921 roku w granicach II Rzeczpospolitej i pewnie część uchodźców kamienieckich tam właśnie zamieszkała. Wśród nich ludzie, którym los azjatyckiego chłopca nie był obojętny, przypuszczalnie również rodzina Antoniego Likona. Taką przynajmniej hipotezę stworzyłam sobie na użytek własny.
Nic nie wskazuje na to, iżby świeżo wyświęcony kapłan pojechał w odwiedziny do Krzemieńca. Zamiast tego Zgromadzenie skierowało go do Bydgoszczy. Dlaczego właśnie tam - o tym w następnym wpisie.

sobota, 19 grudnia 2015

Moje drzewko genealogiczne





Wojna rosyjsko-japońska i ja

Dopiero niedawno w pełni do mnie dotarło, że gdyby na początku 1904 roku nie wybuchła wojna rosyjsko-japońska, nigdy nie przyszłabym na świat. Oczywiście każde połączenie plemnika z komórką jajową jest rezultatem jakiegoś splotu okoliczności, ale to, które dało początek egzystencji mojego Ojca, a w konsekwencji i mojej, było doprawdy szczególne. Bowiem mój Dziadek, późniejszy ksiądz Kaingba, w czasie tej wojny, jako mały chłopczyk, został zabrany z ojczystej Mandżurii przez rosyjskiego oficera nazwiskiem (prawdopodobnie) Bilajewicz lub Bilajew i wskutek tego żywot jego potoczył się zupełnie inaczej, niż powinien. Od wielu lat próbuję sama sobie opowiedzieć tę historię, ale dopiero teraz, gdy weszłam w siódmą dekadę własnego życia, uznałam, że trzeba ją upowszechnić. Blog ma być tylko narzędziem w większym przedsięwzięciu wspomnieniowo-dokumentalistycznym, które powinno zaowocować książką. I wcale nie jest powiedziane, że to Kaingba będzie jej głównym bohaterem. Tak naprawdę bowiem najbardziej pragnę utrwalić opowieść o mojej Babci, Helenie Kraskowskiej, której pod koniec lat 20. XX wieku, w Bydgoszczy, przytrafiło się mieć  romans z młodym księdzem i w dodatku Azjatą, zajść z nim w ciążę i urodzić nieślubne dziecko - Zbigniewa, mojego Ojca.