Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 marca 2016

Józef Kaingba w mojej pamięci

To ostatni post i ostatnie zdjęcie tego bloga - w tej formie nie mam już nic więcej do dodania. Zdjęcie wykonał mój mąż, Lech Dymarski, w maju lub czerwcu 1988 roku. Wyjeżdżałam wtedy na trzy lata do Szwecji, aby objąć stanowisko lektorki języka polskiego na uniwersytetach w Uppsali i w Sztokholmie. Poszłam się pożegnać z Dziadkiem, mając poczucie, że być może będzie to moje ostatnie z nim spotkanie. I rzeczywiście było. Emerytowany ksiądz Kaingba od 1979 roku mieszkał razem z panią Łepkowską na poznańskim Junikowie, mając status rezydenta w tamtejszej parafii św. Jadwigi Śląskiej. Zajmowali dwa pokoje w domu przy ulicy Łubinowej należącym do rodziny pani Janiny. Przedtem, w latach 1961-1979, był proboszczem w Siemianicach koło Kępna i tamtejsi parafianie dobrze go pamiętają lub znają go z opowiadań. Zmarł 29 września 1988 roku.
W mojej pamięci zapisało się parę szczegółów związanych z Jego osobą. Na przykład zaskakująco mocny uścisk (przy tak drobnej posturze), którym mnie obejmował, gdyśmy się witali i żegnali. Albo sposób mówienia; choć polszczyzna była Dziadka mową ojczystą, to jego aparat głosowy jakby do końca się do niej nie przystosował, co przejawiało się w osobliwym zmiękczaniu przezeń niektórych spółgłosek (jako polonistka powinnam pewnie w tym miejscu użyć terminu palatalizacja...). Kiedy odwiedzał nas podczas świąt Bożego Narodzenia, moja Mama specjalnie dla niego odkładała solone śledzie, takie "prosto z beczki", bez żadnych dodatków - mnie się w tej postaci wydawały niejadalne. Znałam Go tylko "od święta" - na przykład razem z Helą byli w Wałbrzychu z okazji mojej pierwszej Komunii. Podarował mi wtedy złoty owalny medalionik z Matką Boską Ostrobramską. Nigdy nie udało mi się z Nim porozmawiać o naszym pokrewieństwie i to, że teraz mogę o Nim mówić i pisać "mój Dziadek", jest dla mnie pewną rekompensatą.
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy towarzyszyli mi podczas powstawania tego bloga. Zamykając go, nie kończę oczywiście mojej rodzinnej opowieści. Przybierze ona teraz inną, może bardziej osobistą formę, więcej uwagi będę mogła też poświęcić istotnym kontekstom historycznym. Gdy powstanie w całości i zostanie opublikowana - wrócę na chwilę do tego bloga i o tym zawiadomię.

sobota, 5 marca 2016

Hela i ja

Niewiele już mi pozostało do napisania w tym blogu. Gdy w roku 1965 Hela nagle zmarła na zawał serca, byłam piątoklasistką i bardzo odczułam tę stratę. Spędzałam z nią oraz z Klarą mnóstwo czasu, ale Klara była tylko niespecjalnie atrakcyjnym dodatkiem do naszych wspólnych zabaw. 
Zawsze myślałam, że z nich dwóch to Hela była tą słabszą i zdominowaną. Ciotka Klara pracowała, miała własne środowisko zawodowe, a Hela była kimś w rodzaju house wife. Ale ze wspomnień osób, które je znały, wynika, że było wręcz przeciwnie - to Klara pozostawała emocjonalnie uzależniona od Heli, życiowo niezaradna i w pewnym sensie po jej śmierci owdowiała. Ich życie towarzyskie toczyło się w kręgu osób dość nielicznych, ale bardzo sobie bliskich. Ja latem wyjeżdżałam z nimi na miesiąc na wakacje, najczęściej nad morze - dzięki temu moi Rodzice mieli urlop tylko dla siebie - a w ciągu roku posyłano mnie do nich raz po raz na parę dni. Czasem spotykałam u nich Wujka Kaingbę, który wskutek tego stał się dla mnie postacią najzupełniej swojską i oczywistą. W ogóle nie dostrzegałam jego inności, wiedziałam za to, że zawsze będzie miał dla mnie jakiś upominek. Hela i Klara odkładały dla niego przeczytane numery "Przekroju", które albo odbierał osobiście, albo robiło się z nich paczkę i wysyłało pocztą, zwykle z jakimiś drobiazgami, np. ciepłą bielizną. 
Swoim zwyczajem Hela założyła dla mnie album fotograficzny i pilnie dokumentowała moje dzieciństwo, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Na tym zdjęciu widać, że nie odziedziczyłam po niej talentu do pozowania - wprawdzie włożyła sporo wysiłku, by wyszło efektownie (zasłona w modernistyczny wzór, pęk forsycji, rączka przytrzymująca rąbek spódniczki), ale i tak wyglądam jak sierotka...



wtorek, 1 marca 2016

A tymczasem w Poznaniu...

Podczas wojny Helena i Józef stracili ze sobą kontakt i nie wiem, kiedy go odzyskali, ale w latach powojennych ich relacja przybrała zupełnie inny charakter, powiedziałabym, że rodzinno-przyjacielski. Dziadek w miarę swoich skromnych możliwości dokładał się do kosztów kształcenia mojego Ojca, który tymczasem skończył szkołę średnią, zdał maturę i rozpoczął studia medyczne na Uniwersytecie Poznańskim (uczelnia dopiero w 1955 roku zmieniła nazwę na Uniwersytet im. Adama Mickiewicza).


Zajęcia odbywał Ojciec w tym samym gmachu Collegium Maius (pierwotnie zbudowanym dla pruskiej Komisji Kolonizacyjnej, czyli osławionej Hakaty), w którym ja teraz mam swój gabinet. 

Na tym niesamowitym zdjęciu widać Ojca, jak na ćwiczeniach w prosektorium razem z koleżanką ze studiów preparuje ludzkie ciało. Podobno były to zwłoki osławionego Gauleitera Greisera, które po jego egzekucji przekazano do użytku Wydziału Medycznego, ale nie mam możliwości, by tę informację (pochodzącą od Ojca) zweryfikować. Chyba żeby się przyjrzeć rysom twarzy...





Moja Mama, Eugenia Biała, po wojnie skończyła Technikum Drobiarskie. Życiowe drogi Rodziców skrzyżowały się, jak już miałam okazję wspomnieć, w poznańskim klubie YMCA, znanym z doskonałych potańcówek i z tego, że grywał w nim Krzysztof Komeda. Zbyszek Kraskowski - zwany Bibą - świetnie tańczył rock-and-rolla oraz "z przytulanką", co zapewniało mu powodzenie wśród dziewczyn, choć nie należał do typu podrywaczy. Śpiewał też w chórze rewelersów Zielone Koniczynki.
6 kwietnia 1953 roku odbył się ślub Zbigniewa Kraskowskiego z Eugenią Białą, a po 11 miesiącach (62 lata temu, co do dnia...) przyszłam na świat ja. Ojciec właśnie kończył studia, a że mieszkali kątem u rodziców Mamy, chętnie skorzystał z oferty pracy w Wałbrzychu, dokąd przeprowadziliśmy się jesienią 1954 roku. Tam odbyłam edukację szkolną, pozawierałam przyjaźnie, które trwają do dziś, i związałam się uczuciowo z tym dziwnym miastem, mającym dzięki współczesnej prozie (Tokarczuk, Tryzna, Bator, Oryszyn) swoje 5 minut sławy w dziejach polskiej literatury. W 1972 roku zdałam maturę i podjęłam studia na poznańskiej polonistyce, ale do dziś czuję się wałbrzyszanką. Rodzice mieszkali tam do śmierci Ojca w 2004 roku.

czwartek, 25 lutego 2016

Morawin. Portret Dziadka

Pierwszą powojenną parafią ks. Kaingby był Morawin - wieś położona ok. 20 km na północny wschód od Kalisza. Trafił tam, jak się zdaje, za sprawą koligacji pani Janiny, której rodzina miała przed wojną w okolicy majątek, i od roku 1945 do 1961 pełnił funkcję administratora. Administrator właściwie niczym się nie różni od proboszcza, tyle że jest wyznaczany przez biskupa diecezji w sytuacji, gdy w danej parafii pojawi się wakans lub gdy wcześniej mianowany proboszcz nie jest w stanie wypełniać swoich obowiązków. 

Z tego okresu (rok 1948) pochodzi wykonany węglem portret mojego Dziadka, który 40 lat później, po jego śmierci, zabrał - jako jedyną pamiątkę spośród jego osobistych rzeczy - mój Ojciec. Teraz, na nowo oprawiony, wisi u mnie, przyciągając uwagę moich gości. Kiedyś, gdy żyła jeszcze moja Mama i odwiedzali nasz dom księża po kolędzie, jeden z nich spytał, kim jest ów ksiądz. - To mój dziadek - powiedziałam spokojnie i na tym się nasza rozmowa skończyła...
Niestety nie potrafię odcyfrować nazwiska artysty, który ów portret wykonał i opatrzył dedykacją: 

DROGIEMU KS. JÓZEFOWI KAING-BA Z WYRAZAMI GŁĘBOKIEGO SZACUNKU

środa, 17 lutego 2016

Polscy księża pod niemiecką okupacją

Tak więc w roku 1939 Hela znalazła się w Wartegau, a ks. Kaingba w Generalnej Guberni. Nie wiem, dlaczego po wyjeździe z Wiżnicy udał się do Warszawy - może ze względu na Ludwika Solskiego, z którym chyba naprawdę czuł się blisko związany? Na pewno przez całą okupację ukrywał swoje kapłaństwo. Polscy księża byli narażeni na ciężkie represje ze strony Niemców, wielu zginęło w obozach koncentracyjnych, szczególnie dotkliwie prześladowano ich w Kraju Warty. Istnieje na ten temat bogata literatura przedmiotu (zob. np. tom Z dziejów Kościoła katolickiego w Wielkopolsce i na Pomorzu Zachodnim, pod red. S. Jankowiaka i J. Miłosza, Poznań 2004), nie będę się więc o tym szerzej tutaj rozpisywać.
Na tym zdjęciu ze zbiorów bydgoskiej Delegatury IPN stoją księża aresztowani przez hitlerowców jako zakładnicy. Wg dr. Janusza Kutty, bydgoskiego historyka, w pierwszym rzędzie są na pewno dwaj duchowni ze Zgromadzenia Misjonarzy św. Wincentego a Paulo, ks. Stanisław Wiorek CM i Jan Wagner CM. Pierwszy z nich został rozstrzelany na bydgoskim Starym Rynku 9 września 1939 roku. Jego proces beatyfikacyjny rozpoczął się w roku 2003.
Wybór przez Kaingbę Warszawy jako miejsca pobytu na czas wojny był więc ze wszech miar rozsądny. Ponoć - tak mówił mi Ojciec, a potwierdzają to inne osoby - zarabiał on wówczas na życie między innymi naprawianiem zegarków, do czego miał szczególne uzdolnienia. Sama pamiętam, że kiedykolwiek w domu zepsuł się jakiś czasomierz (zwłaszcza ręczny), odkładało się go do zawiezienia przy najbliższej okazji Wujkowi (jak już wspominałam, tak mówiłam do Niego i o Nim).
Z roku 1942 pochodzi jedyny zachowany u mnie dokument odnoszący się do okupacyjnych losów Dziadka, który wszakże więcej gmatwa niż wyjaśnia. O nim w następnym wpisie tego bloga.

poniedziałek, 15 lutego 2016

1939: koniec huculskiej idylli

Wspólne życie Heli i ks. Józefa Kaingby skończyło się w roku 1939. Nie wiem, kiedy mój Dziadek definitywnie opuścił rzymsko-katolicką parafię św. Apostołów Piotra i Pawła w miasteczku nad brzegiem Czeremoszu. Dokument wystawiony przez biskupa Jass (zob. post z 21 stycznia br.) wskazywałby na jesień 1938 roku, z tego okresu pochodzą też ostatnie datowane zdjęcia z albumu Heli. Jednak wg relacji samego Kaingby - przekazanej mi przez osobę, która pozostawała z nim w bliskim kontakcie w czasach PRL, a w ostatnich latach jego życia mieszkała z nim pod jednym dachem - latem 1939 roku przyjechał on do Warszawy i tu zastał go wybuch wojny. Być może uda mi się jeszcze ustalić te okoliczności na podstawie źródeł zachowanych w kościelnych archiwach. Na razie jednak w moich próbach rekonstrukcji biografii Dziadka lata 1939-45 stanowią lukę - o tym, co na ten temat mi wiadomo lub czego się domyślam, napiszę w następnych postach.
Hela spędziła okupację w Poznaniu. Spośród kobiet, które opiekowały się jej synem Zbyszkiem, Truda zamieszkała osobno (choć w sąsiedztwie) i zajmowała się własnym dzieckiem, niezbyt dobrze sobie zresztą z tym radząc, zaś Anastazja zmarła w roku 1942. W mieszkaniu na Dębcu zostali więc we troje - Klara, Hela i mój Ojciec, do którego właśnie docierało, że osoba, którą uważał za swą rodzicielkę, była jego babką, a ta, do której odnosił się jak do siostry, to w istocie jego matka. Czy dociekał wówczas, kto jest jego ojcem - tego nie wiem. Podobno wpadła mu przypadkiem w ręce niemiecka książka meldunkowa ze spisem lokatorów domu na Dębcu i tam wyczytał, że jest synem Heleny, a nie Anastazji, ale tę historię znam nie od niego, lecz od - żyjącej jeszcze - jego bliskiej krewnej i rówieśnicy.
Mój Ojciec nigdy nie zwracał się do swojej matki, a mojej Babci, inaczej jak po imieniu. Pewnego razu, gdy wakacyjną porą popijaliśmy wespół jakiś dobry alkohol, zapytałam go, kiedy właściwie ustalił z Helą, kim ona dla niego jest. - Wiesz - odpowiedział - chyba nigdyśmy o tym konkretnie nie rozmawiali, jakoś tak samo z siebie stało się to oczywiste.
Nie wiem, z jakiej okazji zrobiono tę retuszowaną fotografię, do której razem pozowali, ale na pewno było to w okresie okupacji, a mój Ojciec ma na niej jakieś 10-11 lat.



środa, 3 lutego 2016

Sztambuch Babci Heli

W maju i czerwcu 2015 roku w gmachu poznańskiej Biblioteki Uniwersyteckiej można było oglądać wystawę pt. Pozostań w mej pamięci. Sztambuchy - trwalniki - pamiętniki. W związku z pewną pracą naukową prowadziłam tam wówczas kwerendę czasopiśmienniczą, a że wystawa sąsiadowała z czytelnią, obejrzałam ją sobie skrupulatnie. Nabyłam też zestaw pocztówek z wybranymi stronicami owych libri amicorum - ksiąg przyjaźni. Pierwotnie stanowiły one element kultury studentów, którzy gromadzili w nich wpisy i rysunki swoich uniwersyteckich kolegów jako pamiątkę spędzonych razem lat. W wieku XIX stawały się coraz bardziej popularne wśród pensjonarek i młodych kobiet, które kolekcjonowały wpisy swoich przyjaciółek, adoratorów, krewnych. 
W mojej rodzinie sztambuchy posiadały już tylko kobiety - moja Babcia, moja Mama i wreszcie ja. Babciny, rozpoczęty, gdy miała lat 18, przechował ślady jej związku z Józefem Kaingbą aż do końca lat 30., sztambuch Mamy zawiera pamiątki z czasów szkolnych i harcerskich, a mój (prezent od Babci) w zasadzie przetrwał tylko szkołę podstawową - potem z niego wyrosłam. 
W sztambuchu Heli jest wiele wpisów autorstwa Dziadka - zaczynają się jeszcze w Bydgoszczy, we wczesnej fazie romansu, a potem są już datowane w Wiżnicy, ostatni pochodzi bodaj z 1938 roku. Nie, ostatni jest z roku 1965 i dodany został po śmierci Heli...
Wpisy są dwujęzyczne - niektóre po polsku, inne po niemiecku. Wspominałam wcześniej, że w rodzinie Anastazji Kraskowskiej używało się obu języków, Klara jako najstarsza z sióstr zaczęła naukę jeszcze w szkole pruskiej i do końca życia lepiej jej się liczyło po niemiecku (a była księgową). Niemiecki był też "sekretnym" językiem Heli i Klary - przełączały się nań, ilekroć chciały zataić przede mną treść swoich rozmów. 
Zawartość wpisów to amatorskie wiersze miłosne autorstwa Dziadka (literacko słabiutkie, niestety, ale tchnące szczerością), cudze utwory, sentencje i cytaty, wreszcie pojedyncze, zwyczajne zdania wyrażające różne emocje - miłość, tęsknotę, rozterkę. Z niektórych wynika, że były umieszczane w sztambuchu pod nieobecność Heli, co oznacza, że nie zabierała go ona ze sobą, gdy wyjeżdżała z Wiżnicy do Poznania. 
Kustoszką pamiątek po Heli i Józefie była ciotka Klara, po jej śmierci w roku 1989 trafiły one do moich Rodziców, a teraz ja się nimi zajmuję. Następny post - po którym nastąpi przerwa w prowadzeniu tego bloga do połowy lutego - będzie zawierał wybrane faksymilia ze sztambucha Heleny.

sobota, 23 stycznia 2016

Dom na Dębcu

Ten dom na Dębcu, w którym zamieszkały Anastazja, Klara, Truda i Hela z synkiem, był wówczas nowiutki - w trójkątnym frontoniku pod dachem widnieje rok budowy: 1930. Dziś stoi przy ulicy Opolskiej, wówczas była to ulica Świerczewska. Zajmowany przez nie lokal na drugim piętrze musiały dzielić z jeszcze jedną rodziną, ale stosunki sąsiedzkie w całej kamienicy były bardzo przyjazne, do tego stopnia, że gdy na początku lat 60. Klara i Hela przeprowadziły się na wildecką ulicę Kosińskiego (znów jeden duży pokój, wspólna kuchnia i łazienka), to owa rodzina przeprowadziła się razem z nimi. Na sporym podwórku toczyło się życie towarzyskie, a pobliska Dębina była celem spacerów.
Nie wiem dokładnie, co porabiał mój Dziadek zaraz po opuszczeniu Raczkowa.  Podobno, tak jak w Bydgoszczy, odbyło się to w aurze skandalu. Podobno - tak głosi rodzinna plotka - czas jakiś ukrywał się "w cywilu" właśnie tu na Dębcu, gdzie, znów podobno, odnaleźli go jacyś księża-wysłannicy i, jak wynika z listu ks. Leńki, sprowadzili na łono Kościoła. Jeśli to prawda, był to jedyny okres, który Hela, on i ich syn spędzili razem. Moje własne dzieciństwo jest silnie związane z tą kamienicą, z jej mieszkańcami, ze stacją kolejową Poznań-Dębiec, z cmentarzem Bożego Ciała na ulicy Bluszczowej, gdzie wtedy pochowana była tylko prababcia Anastazja, a teraz w tym samym grobie spoczywają jeszcze Hela, mój Ojciec i moja Mama. Tak jak Ojciec w czasach swego dzieciństwa, ja też chodziłam z Helą i Klarą do Dębiny, tak jak on bawiłam się na podwórku pod dużym drzewem o rozdwojonym pniu, sypiałam na tych samych żelaznych łóżkach z mosiężnymi gałkami (dziś stoją w naszym wiejskim domku letnim), przy tej samej dębowej szafie i szyfonierce. Gdy piszę te słowa, mam nad głową ścienny drewniany zegar z wahadłem, którego głośne tykanie i wybijanie godzin odmierzało tam czas. Niestety już nie chodzi.

piątek, 22 stycznia 2016

Dziś Dzień Dziadka...

...ale dla mnie właściwie cały rok 2016 będzie Rokiem Babci i Dziadka.
Ponieważ jednak staram się opowiadać tę historię w miarę chronologicznie, to teraz przyszedł czas na kolejny list do Najczcigodniejszego Księdza Wizytatora zachowany w Archiwum Zgromadzenia Misjonarzy w Krakowie. 
Autorem jego był - o ile dobrze odcyfrowuję podpis - ksiądz Józef Leńko, datowany zaś jest w Poznaniu, dnia 21 grudnia 1930 roku i zaczyna się od "najszczerszych życzeń zdrowia wszelkich pomyślności i obfitego błogosławieństwa Bożego", zasyłanych z okazji nadchodzącego Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Reszta to krótkie doniesienia o różnych aktualnych sprawach, wśród których jest i wątek ks. Kaingby (tu po raz pierwszy i jak dotąd jedyny w znanych mi źródłach międzywojennych nazwisko Dziadka pisane jest łącznie; taka pisownia przyjmie się w Polsce Ludowej):
Ks. Wizytator pozwoli, że doniosę pokrótce o losach Ks. Kaingby, którego Ks. Biskup Laubitz zasuspendował. Na jego probostwie doszło do powiększenia społeczeństwa [podkr. moje - EK]. Jedni posądzali, że to on był powodem. Doniosło się to do Biskupa. Inni zaś twierdzą, że Ks. Kaingba stał się tylko ofiarą swojej nieostrożności, przyjmując na gospodynię matkę z córkami, złego życia, o czem nie wiedział.
Finezja tej frazy - "doszło do powiększenia społeczeństwa" - musi budzić podziw dla językowej inwencji nadawcy listu, chyba że był to przyjęty w kręgach kościelnych eufemizm informujący o narodzinach nieślubnego księżowskiego dziecka. Pomówienie Anastazji i jej córek o to, że były one "złego życia", to zwykła niegodziwość podyktowana chęcią wybielenia osoby duchownej i nie warto się nad nią rozwodzić. Fizyczne podobieństwo między moim Ojcem i moim Dziadkiem było tak ewidentne, że wyparcie się więzów krwi nie wchodziło w grę, nie sądzę zresztą, by Kaingba kiedykolwiek brał to pod uwagę. Każdy, kto widział tych dwóch śniadoskórych mężczyzn razem, musiał się domyślić, co ich łączy.
W kolejnym liście do Wizytatora, z 17 stycznia 1931 roku, ksiądz Leńko zawiadamiał: 
Donoszę Przewielebnemu Ks. Wizytatorowi, że ks. Kaing-Ba [tu pisownia rozłączna - EK] znajduje się na probostwie w Obrzycku u Ks. proboszcza [Pawła - EK] Dziubińskiego. Zajął się nim Ks. [Julian - EK] Wilkans tutejszy dziekan wojskowy. Według opowiadania Ks. Wilkansa wszystko jest obecnie na najlepszej drodze i że nawet Ks. Kaing-Ba oświadczył, że chętnie wróciłby do Zgromadzenia i nawet pojechał do Chin.
Dla zneutralizowania niemiłej (przynajmniej dla mnie) wymowy tych fragmentów, które w dodatku wypadło mi przytaczać w Dniu Dziadka, zamieszczam także zdjęcie Babci Heli z synkiem Zbyszkiem w mundurku zucha - chłopiec ma tu już więc co najmniej 8 lat (do zuchów należały dzieci w przedziale wiekowym 8-11). Nie wiem, jak trafiło ono do krakowskiej teczki z aktami personalnymi Kaingby, ale bardzo się na jego widok ucieszyłam. Dla obojga moich Rodziców harcerstwo stanowiło ważny element ich dzieciństwa i młodości, choć poznali się poza nim, w poznańskim klubie YMCA.

czwartek, 21 stycznia 2016

Mój Ojciec, Eurazjata

Mój Ojciec, Zbigniew Kraskowski, był więc euroazjatyckim mieszańcem, ale w niewielkim stopniu wpłynęło to na Jego poczucie tożsamości. 
Sam raczej nie zastanawiał się nad własnym egzotycznym wyglądem, a w swoim otoczeniu zawsze budził pozytywne uczucia - i jako maluch, i jako dorosły. Ta akceptacja sprawiła, że osobliwe pochodzenie nigdy nie stanowiło dlań problemu, a już na pewno nie było źródłem jakichkolwiek kompleksów.
W historii mojej Babci, mojego Dziadka i mojego Ojca chyba najbardziej podoba mi się to, że nie jest ona traumatyczna. Oczywiście te kilka lat - od zawiązania się romansu i przyjścia na świat dziecka do ustabilizowania sytuacji wszystkich trojga - obfitowało w momenty trudne i dramatyczne. Kiedy myślę, jak mogła się czuć Hela w zaawansowanej ciąży, w trakcie porodu i tuż po nim, w zapadłej wsi, jaką - powiedzmy sobie - do dziś jest Raczkowo, w najokrutniejszym (T.S. Eliot) miesiącu kwietniu, to naprawdę pełna jestem podziwu, że po takich doświadczeniach zachowała w sobie tę ogromną radość życia, którą w niej pamiętam. Na tym zdjęciu, wśród wyhaftowanych własnoręcznie poduszek, wygląda jak każda inna szczęśliwa młoda matka, choć może odrobiny smutku można się w jej twarzy dopatrzyć. Za to Ojciec mój w dzieciństwie smutku nie zaznał ani trochę - sam będąc już dorosłym przyznawał, że prababcia Anastazja - na którą mówił Ma - i jej córki spełniały wszystkie jego zachcianki, w związku z czym niewiele brakowało, by wyrósł na domowego despotę. Ale tak się nie stało, natomiast fakt, że od początku otaczał go taki bujny żeński żywioł, nie tylko wpłynął chyba później na wybór zawodu (ginekolog-położnik), ale także na wyrażane często przekonanie o generalnej wyższości kobiet nad mężczyznami. Ja i On wprost przepadaliśmy za sobą. Zmarł w maju 2004 roku wskutek powikłań po operacji by-passów, przeprowadzonej zresztą przez niedawnego ministra zdrowia.

środa, 20 stycznia 2016

PeWuKa

Ksiądz Kaingba opuścił Bydgoszcz latem 1928 roku i pod koniec października był już w Raczkowie. Hela pozostała w Bydgoszczy. Mój ojciec urodził się 3 kwietnia 1930 roku w Raczkowie. Próbując zrekonstruować logistykę ich spotkań między tymi datami, natrafiłam właściwie tylko na jeden ślad, ale jakże wymowny...
...te oto dwa profile misternie wycięte z czarnego papieru i naklejone na bardzo już dziś pożółkłe kartoniki z napisem "Pamiątka  Powszechnej Wystawy Krajowej. Wykonał F. J. Ostrzecha - Poznań 1929". To niesamowite, jak dokładnie uchwycone w nich zostały rysy Heli i Józefa.
Jest to jedna z najbardziej wzruszających pamiątek, jakie pozostały mi po obojgu - mojej Babci i moim Dziadku. Znalazłam je dość późno, po śmierci mojej Mamy w grudniu 2012 roku, przeglądając najprzeróżniejsze fotografie - dawne i współczesne - zgromadzone bezładnie w dużym pudle i schowane w jej szafie. Większość zdjęć po Helenie zachowała się w dwóch starych albumach, ale niektóre zawieruszyły się w tymże pudle i teraz dopiero oglądam je uważnie, posługując się szkłem powiększającym, bo często są niewielkiego rozmiaru i trudno rozpoznać uwiecznione na nich osoby.
Powszechna Wystawa Krajowa w roku 1929 odbywała się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich i trwała od 16 maja do 30 września. Zorganizowano ją dla uczczenia dziesięciolecia niepodległości i w tym czasie - tu sięgam do Wikipedii - zwiedziło ją około 4,5 miliona osób. Wśród nich - tych dwoje.
PeWuKa była świetnym pretekstem do zaaranżowania spotkania - zwiedzenie jej było nieomalże patriotycznym obowiązkiem. Myślę jednak, że Heli i Józefowi musiały pomagać jakieś osoby trzecie, może Klara towarzyszyła swojej młodszej siostrze i była wtajemniczona w sekretny plan? Pamiętam, że moja Ciotka i mój Dziadek odnosili się do siebie zawsze z wielką sympatią i z niejaką poufałością - on nazywał ją niemieckim zdrobnieniem "Klarchen", co niezbyt pasowało do jej sporej postury. W ogóle chyba wszystkie Kraskowskie darzyły Kaingbę - bądź co bądź sprawcę ich niemałych kłopotów - serdecznością i ciepłem. 
Hela musiała zajść w ciążę pod koniec czerwca lub na początku lipca 1929 roku. Jakoś dziwnie pewna jestem, że zdarzyło się to podczas wycieczki do Poznania na PeWuKę...

środa, 13 stycznia 2016

Hela


W tym blogu nie będę się rozpisywać o Heli - przyjdzie na to stosowny czas. Ale przynajmniej jeden post chcę tu w całości jej poświęcić. Lubiła fotografować i być fotografowana. Dzięki temu w domowym archiwum mam mnóstwo zdjęć z dawnych lat, więc mogę teraz przyglądać się (przez lupę) szczegółom jej rysów, wyrazowi twarzy, ubraniom i przebraniom, które nosiła z wielkim wdziękiem. Bo lubiła się przebierać, stylizować - jak się dziś mówi - po męsku, na ludowo, egzotycznie. Z jej wizerunków dałoby się ułożyć album międzywojennej mody; może zresztą to zrobię? Jakim cudem potrafiła się tak stroić, skoro  w rodzinie wdowy Anastazji raczej się nie przelewało? Wiele zawdzięczała własnym talentom krawiecko-dziewiarskim, wyczarowywała coś z niczego również dla mnie; kiedyś przerobiła starą zasłonę na kostiumy wróżek, bo były potrzebne do mojej zabawy z koleżankami. Na zdjęciu, które tu zamieszczam, widać dzieła jej hafciarskiej sztuki - tę okrągłą poduszkę, na której się opiera, mam jeszcze w pamięci. 
Zanim poszłam do szkoły, spędzałam z nią mnóstwo czasu. Rodzice chętnie powierzali mnie jej i ciotki Klary opiece, była mi najlepszą przyjaciółką - zabawną, pogodną, cierpliwą i bez reszty skupioną na mojej dziecięcej osobie. Doświadczenie macierzyństwa w jej przypadku było problematyczne nie tylko dlatego, że miała nieślubnego synka. Także dlatego, że we wczesnym okresie jego życia często wyjeżdżała za granicę (do Wiżnicy), a w domu była mu raczej starszą siostrą niż matką. Gdy miałam 4 lata, dzięki niej zaczęłam samodzielnie czytać, nauczyła mnie tańczyć charlestona i twista, grać w remika i kariokę. Z haftowaniem, szydełkowaniem i robieniem na drutach było nieco gorzej, choć podstawy tych ręcznych robótek posiadłam i w latach studenckich bardzo mi się to przydało.
Umarła, gdy była o pięć lat młodsza niż ja teraz. Gdy widywano nas razem, na ogół była brana za moją matkę i bardzo ją to cieszyło. Nigdy nie związała się z żadnym innym mężczyzną oprócz Dziadka, choć miewała adoratorów poważnie zainteresowanych małżeństwem. Z ciotką Klarą - nieładną, otyłą i charakterologicznie dość trudną - stanowiły zgrany tandem: jedna prowadziła dom, druga nań zarabiała. I choć po wojnie jej relacja z Józefem Kaingbą była już zupełnie innej natury niż w latach 30., to przecież do końca pozostali sobie bliscy.